MPP 2017 – relacja Stanisława Ruchlickiego

Maraton Północ-Południe pod znakiem awarii, deszczu i dobrego wyniku!

Po udanym dojeździe na miejsce, ale nieco późnym, już nocnym, nie dane mi było przygotować roweru do startu. Właścicielka noclegowni Laguna postanowiła utrudnić mi to, nakazując umieścić rower w zimnej ciemnej klatce na zewnątrz. Więc rano wcześniejsza pobudka by spakować ile się da, okazuje się że nie mam wcale aż tak nieograniczonej przestrzeni bagażowej jak myślałem zakupując ultralekką torbę na kierownicę, trzeba z paru drobiazgów zrezygnować ale nie z wielu warstw ubrań, bo o ile prognozy pogody są niezłe (jeszcze nie wiem że będa złudne..), to spodziewam się zimnych nocy na trasie.

Godzinę przed startem jestem w Helkampie, biurze zawodów wśród domków kampingowych, zapisy i pobranie nadajnika GPS, będzie wysyłał bieżącą pozycję co 10 sekund, póki co jeszcze nie zdaję sobie sprawy że transmisja będzie miała tak szeroką widownię 😀

Start w sobotę o 10:00 z podnóża Latarni Morskiej na Helu, przejazd honorowy, prowadzi motocykl policyjny, zaprogramowany na prędkość 25 km/h, co w gronie 60 zawodników daje lekki rozjazd, dobry do wczucia się w jazdę. Jest okazja pogadać, uważając jednocześnie na dziury na drodze, poznaję Matkę Polkę która pomimo posiadania trójki wspaniałych dzieci przyjechała na start tego 1000-km wyścigu, prawdziwa pasja!

Miło się gwarzy, tak że gdzieś w okolicach Jastarni przesypiam nieco start ostry! Nagle trzeba wyrwać jak szalony, i wykonując długą ciężką pracę, cisnąc równo 40 km/h z pulsem 186 bpm, doganiam czołową grupę, uff, mało brakowało a byłoby pozamiatane! Wprawdzie jest to wyścig długodystansowy, ale nie ma podziału na żadne kategorie grupowe/solo, więc choć na początku warto pokorzystać trochę z zalet jazdy w peletonie. Uformowała się około 15-osobowa grupa czołowa. A tak w ogóle to panuje słoneczne przedpołudnie, później będzie takich warunków brakować..

Tempo zacne, pilnuję się by nie dać się urwać, jednak półwysep helski jest płaski, więc nie mają gdzie szarpać. Po wjeździe na stały ląd – Władysławowo wita nas od razu 50-hm podjazdem, ogromny wysiłek przetrwać, peleton topnieje, z czasem zostaje może 7-8 osób. Potem dalej mocno, aż na 50-tym kilometrze, widząc na profilu wysokości że to co się zaczyna to znów 50-hm ścianeczka – żegnam się z czołową grupą. Teraz będę już jechał swoje, nie mogę dać się zarżnąć na samym początku. A na górkach wyraźnie odstaję, efekt totalnego braku trenowania podjazdów.

Pod drzewko zjeżdżam, wtedy mija mnie druga (trzyosobowa) grupka pościgowa, doganiam jakoś i dołączam się. Tempo dla mnie jest za mocne jak na to co przed nami, ale dojeżdżam razem z tymi zawodnikami (jest wśród nich Krzysztof Cecuła, na podjazdach ładnie ciągnie) do jeziora Żarnowieckiego. Tamtejszy 100-metrowej wysokości sztywny podjazd to już dla mnie za dużo a więc definitywnie odłączam się i wchodzę w swoje tempo. Nie wiem przecież czy owi zawodnicy nie jadą na przeszarżowanie, nie znam ich stylu jazdy, albo mają mocne początki a potem koniec, trzeba patrzeć na siebie i słuchać własnego organizmu.

I tak lecą dalsze kilometry, z oddalającymi się powoli na horyzoncie trzema Rywalami. Zamostne to fajny szutrowy odcinek (remont drogi) wzdłuż lasu 🙂 Pod jego koniec mijam zatrzymanych na małym postoju Rywali, potem trochę jeszcze się tasujemy ale na następnym dłuższym podjeździe już na dobre odjadą, jeszcze jednego zawodnika zbierając. Ja jednak nie będę się katował zbyt mocnym jak dla mnie tempem, bo to czuję że nic dobrego nie przyniesie, w perspektywie 1000km do zrobienia.

Tereny i nazwy miejscowości jednoznacznie kojarzące się z Harpaganem! Luzino, Strzepcz, Stężyca i inne, aż do Kościerzyny. Gdzieś po drodze zaczynam czuć achillesa, a w osi pedałów coś strzela.. Czy to koniec, przecież to się tylko może rozwijać.. Ale nie, przejdzie samo, uff 🙂

Przed Kościerzyną, 170 km, dochodzą mnie dwaj zawodnicy, dołączam się do nich i intuicyjnie bez słowa (już za duże zmęczenie by gadać) jedziemy na równe 1-kilometrowe zmiany. Niestety jak dla mnie jest to jazda bardziej męcząca niż samotna, bo bardzo interwałowa – na zmianie wypada mocno pracować, a po zejściu, na kole, też nie jest różowo, bo zaraz któryś przyciśnie pod góreczkę i nawet nie odpocznę gdy znów czas wychodzić. Gdy w naturalny sposób już mi to dolega, to po zejściu ze zmiany jadę już swoje. Ale spotykamy się jeszcze nieraz na leśnych odcinkach trasy, przez dobre parędziesiąt km, czasem wracając do zmian, próbując wspólnej jazdy, nawet jest trochę szybsza ale jakim kosztem, z czasem już ostatecznie jadę sam. Aż dochodzi mnie jeszcze innych dwóch zawodników i super się jedzie razem, nareszcie rozsądne bez szarpania tempo, ale jednak to już 230 km, moja suma postojów wynosi dotychczas chyba ze 3 minuty, a nadciąga noc, trzeba już zrobić zakupy. Śliwiczki, zakupy w postaci 15 batonów, 3 izotoników, czekolady którą zaraz podczas jazdy spałaszuję, i litr maślanki na słodko na teraz 🙂 Można już bezpiecznie jechać w Bory Tucholskie i w noc!

Tak w ogóle to od Kościerzyny koniec męczących góreczek. Trasa nareszcie wypłaszcza się na dłuższy czas.

Dobrze się jechało przez te lasy, to zawsze, obok miast, najprzyjemniejsze etapy szosowego maratonu. O godzinie 19 zaczyna jednak padać.. Na początku lekko ale z czasem coraz ulewniej, kto by się spodziewał że potrwa to nieprzerwanie aż do 3:30 nad ranem..

W międzyczasie mija 12 godzin jazdy, czas na postój na ładowanie Garmina i trochę dołożenie ubrań (np. dwie zimowe rzeczy które wziąłem – ocieplacze na buty i sterane już polarowe rękawiczki). Trochę to wszystko zajmuje, podłączone, jadę, wtem! Z przerażeniem spostrzegam że Garmin się nie ładuje.. Zostało może 5% i spada, staję znów na poboczu i walczę z kablem od ładowania, nic nie działa, masakra, a sprawdzałem go przed wyjazdem, w międzyczasie objeżdżają mnie zawodnicy a przede mną wisi widmo jazdy bez trasy na kierownicy, musiałbym wyciągać na skrzyżowaniach telefon z mapą na stronie zawodów, ale zaraz sie rozładuje w takim trybie, i ogólnie koniec ścigania byłby to.. Dramat, a miało być tak pięknie, nawet widziałem że jestem w pierwszej dziesiątce, usiąście za kimś z nawigacją na kole i ciągnięcie się za nim nie wchodzi w grę, nie będę owieczką..

Miasto Świecie w oddali, udaje się jeszcze dojechać, zjeżdżam z trasy by atakować stacje benzynowe, ale nikt już nie ma przestarzałego formatu Mini Usb na sprzedaż, wtargnąłem nawet do Tesco, z rowerem, żadnego zapięcia nie brałem więc pytam, z czerwonymi z przemęczenia długą jazdą oczami, Panią z obsługi kas czy przypatrzy roweru, mówi że nie ale pozwala wejść na pokoje, jest Wielka! Dopadam półek ze sprzętem elektronicznym, szukam na siłę, przewracam, ale historia się powtarza – tylko mikro usb i jakieś applowe formaty… Garmin wciąż dzielny zero procent baterii pokazuje ale działa! Wychodzę zrezygnowany, pod wejście Tesco ale.. Nowy pomysł, przy wtórze pijaczka chcącego na napoje wyskokowe kombinuję jeszcze próby ostaniej szansy z tym kablem, i udaje się, znajduję takie konkretne wygięcie, pod specyficznym kątem, że trochę działa! Ale tylko puścić kabel i koniec.. Lecz mam zipa w torbie podsiodłowej i zapinam wymarzone ustawienie kabla, odżywam, można jechać! To wielka ulga..

Wracam do miejsca gdzie zjechałem z trasy, a tu Prezes teamu kibicuje smsowo, mówię że teraz przyciskam odrabiać straty! Straciłem na to wszystko jakieś 40 minut, a tak dobrze szło.. Teraz cisnę mocniej, przekraczam Wisłę bocznym jakby mostem, ciemny nadrzeczny odcinek, a po drugiej stronie czeka dość ruchliwa krajówka, i długo pod górę, za to jest pobocze, i w ogóle drogi na tym maratonie duuużo spokojniejsze niż na BBT, gdzie takie krajówki to norma. Ogólnie trochę przyjdzie mi porównywać na trasie te dwa maratony, są podobieństwa ale i różnice.

Nocne spokojne ciemne i puste asfalty, ale mi się rozregulowują od tego deszczu hamulce. I to dziwnie – zamiast tracic moc to zbliżają się same do obręczy, przy mocniejszych depnięciach trą o nią.. Cóż, trzeba zatrzymać się I robić, w tym deszczu, znów trochę czasu poszło ale pomogło – oczywiście znów paru zawodników objechało korzystając z tej okazji.. Czy ja to w ogóle jeszcze odrobię? A tu jeszcze trzeba stanąć akumulator w lampie zmienić. Zaraz z kolei następny defekt – przednia przerzutka też się rozregulowała, przy jeździe na blacie trze łańcuch na wyższych przełożeniach.. Znów coś tam kręcę pokrętłami ale robienie takich rzeczy podczas maratonu, gdy nie ma czasu, to nie zawsze jest dobry pomysł, w tym przypadku przekombinowuję i tracę blat zupełnie 😛 Potem trochę jeszcze poprawię ale trzeba od teraz będzie wrzucać go ciągnąc manetkę od wewnętrznej strony kierownicy, zasłaniając lampkę ręką 😛

No ale doganiam stopniowo tych ostatnich zawodników i objeżdżam z dużą łatwością. Potem już takich sytuacji nie będzie.. W sumie to nie mam czasu sprawdzić który jadę, ale cos koło 12 miejsca. Dalsza jazda. Jest nawet słynny z zamku Golub Dobrzyń na trasie, jednak mało co widać bo noc, pada i ślisko.

Następne przekroczenie zakręcającej Wisły jest na 430 km, w Płocku. Krawędzią miasta przejazd, wszystkie światła już na migaczach, jest wszak środek nocy, wtem! Most nad Wisłą, który miał tu być, okazuje się drogą rowerową, idącą bokiem, gdy most wysoko górą przelatuje nad głowami. Wjeżdżam ale DDR się kończy, damn, jeszcze tego brakowało. Zjeżdżam pod samą Wisłę ale tam niczego nie widać. Wspinam się z powrotem i pozostaje przerzucić z trudem rower przez te wszystkie barierki.. Dobrze że ruch mały i nikt mi nie marudzi 😛

Gdzieś pod Gąbinem zamulenie nocnej jazdy po 19 godzinach zmęczenia daje się już tak we znaki, że poddaję się senności, nie dało się już tego pokonać, frontem na ławkę przystanku autobusowego padając, ramię na ramę roweru zarzucając, nawet zasypiam szybko na jakieś 15-20 minut, ciekawe ile miejsc straciłem wtenczas, ale wstawszy widać już pierwsze oznaki nadciągającego dnia, oby do świtu, jadę!

Do Łowicza (490 km) tak nieznośnie długie proste, już widnawo, że znów nie da się opanować senności, patrzę po przystankach aż w końcu na któryś zjeżdżam, a tam.. Nie ma ławek, wyrwane, uff dobrze się złożyło jednak, uświadamiam sobie co się dzieje i powstaje plan – oby do cywilizacji i otwartych sklepów, zjeść śniadanie by pokazać organizmowi że to już nowy dzień się zaczął, bez takowego przełomu nic nie będzie! Docieram do Łowicza, niedziela, 7 rano, ludzkość powoli budzi się do życia, Żabka już czynna 😀 To mój drugi dopiero bufet na trasie, jednak zakupy sporo czasu zabierają, bo to i przejść się między półkami zgarniając specjały, i zapłacić, i poupychać do rowera, bidony przelać, coś zjeść.. Izo do bidonów, red bull w gardzioł, dwa jogurty pitne, lodzika zjeść 🙂 i trzy słodkie bułki na drogę tym razem, batony (i trochę żeli kresowych z domu) jeszcze mam. Oczywiście za postój zostaję ukarany – trzech zawodników mnie mija, szczęście w nieszczęściu że dwóm z nich akurat coś odpada na łowickim bruku i naprawiają. Ruszam dalej, w dzień nareszcie, choć jeszcze pociąg zatrzymuje.

Dobry wariant bocznymi asfaltami na Skierniewice, zajeżdżam tam koło 8:30, w świetnym dość nastroju, jednak okaże się to miasto bardzo pechowe.. Lekko za wcześnie skręcam, to nie ta droga, wracam ale zaraz syczy mi z koła. Guma.. Jak nie złapałem na treningach od dawna, tak na ważnym maratonie musiało się to stać. Założyłem tylko troche wzmocnione, ale już wyścigowe, lekkie opony, i stało się.. Cóż, rozkładam się na ławce i zaczynam robotę wymiany, oby sprawnie poszła.. Nawet coś kropić zaczyna, póki co przelotnie. Sprawdzam dokładnie oponę, nic więcej nie ma, zakładam i.. Dramat! Pompka nie działa! Mimo że świeżo zakupiona, polecony model! Teraz koniec jazdy.. Przecież nie będę po domach biegał szukał kto ma pompkę do Presty.. Walczę z nią jeszcze, szukam w necie instrukcji obsługi, oraz bezpośrednio od sprzedawcy telefonicznie – oba źródła mówią że używam jej prawidłowo, a więc pech na całego, jestem bezradny a ona kompletnie bezużyteczna, wypuszczając całe powietrze…

Dojeżdża następny zawodnik, i tu wielkie podziękowania, zatrzymuje się pomóc, poświęcił kawałek swojego prywatnego maratonowego ważnego czasu by mi pomóc, okazuje się że i jego pompka, z wężykiem, na problemy – zastygła i trzeba narzędziami ją odkręcać, w końcu puszcza, pompuję ale wchodzi może 3-4 bary, więcej się nie da, dziękuję za pomoc, wkładam koło i ruszam, niestety pozostaje mi teraz tylko ostrożna jazda, by nie przebić miękkiego dość koła, nowa nauka – od teraz do bagażu niezbędnego dorzucać trzeba będzie przejściówkę na wentyl by móc dopompowywać na stacji.. Spotykam dwóch zawodników (a więc o w sumie trzy miejsca spadłem przez tą gumę), też mają tylko mini pompkę, a więc ech, po raz kolejny koniec jazdy, teraz tylko jazda tempem emeryta by nie przebić mnie czeka.. Ale o nie, nie dam się, znów czas pogłówkować – wyciągam telefon i znajduję w internecie mapę sklepów rowerowych w Skierniewicach, jest jakiś wyglądający na fachowy, wiem że jest niedziela, godzina dziewiąta, żaden nie jest czynny, ale znajduję numer telefonu i staje się cud – Właściciel sklepu odbiera i zgadza się mi pomóc, dojeżdżam jakiś kilometr stąd, specjalnie otwiera sklep i sprzedaje mi pompkę wraz z przejściówką. Opowiadam podczas tych spraw dzieje maratonu, który właśnie trwa. Miałem szukać stacji z kompresorem ale przecież mogę poprosić o użyczenie pompki stojącej, 8 barów wdmuchane, wielkie podziękowania :O i nareszcie mogę jechać, uff, wielka radość, oby już teraz nic więcej z rowerem się nie działo, bo w Skierniewicach spędziłem w sumie ponad godzinę na tej awarii dętki i pompki, trzeba znów nadrabiać!

Teraz na Rawę Mazowiecką. Szkoda że nie dziś, ale nietypowo bo w sobotę była tu Mazovia 😉

Kurczę, dziwna sprawa, prognozy zapowiadały powtórkę z rozrywki – deszcze które przyjdą wraz z zachodem słońca – a tu już o godzinie 11 się zaczyna :O I to dopiero się rozpada, ktoś przeliczył że przez ten dzień (i noc) spadnie norma opadów na te tereny.. Ale miesięczna :O

W Opocznie, okolice 600 km, kryzys, robi się coraz bardziej mokro, jest to zimny deszcz a ta woda wysysa wszelkie ciepło z organizmu.. Mały postój pod wiaduktem obwodnicy, sprawdzam prognozy, kurcze mówią że w tych rejonach to dopiero od 19. naprawdę lunie, jeszcze dużo srożej, uciekać stąd :O ! Biada jadącym wolniej którzy tutaj trafią o tej 19stej 🙁 Za to w okolicach Krakowa, poza kilkoma burzami, od około 20. ma być po deszczu.. Póki co ufam tej motywującej prognozie..

Zaczyna się sekcja smutnych dziurawych zalanych asfaltów wśród szarości; Petrykozy i inne. Potem mamy coś co dla mnie wyglądało jak BBTourowy Ostrowiec Świętokrzyski tego maratonu, czyli miejscowość Końskie – też obwodnicą omijanie miasta, też leje, dystans około ten sam, ogólnie podobnie. Jest też Radom tego maratonu – czyli w wielkim ruchu, gdzie każdy tylko pędzi jakby jechał właśnie po odbiór Złotych Kalesonów, prześcigając się ze szczególną walecznością kto na tych zalanych drogach więcej hałasu narobi – oto Włoszczowa (670 km), tak właśnie wygląda DW do niej prowadząca..

Gdzieś za nią robię postój na przystanku, sytuacja jest tragiczna, robi się coraz zimniej, wyżymam rękawiczki, jeszcze jedną bluzę na siebie wrzucam, a ze zmęczenia ogromnym dystansem deszcz bębniący o blaszany dach w głowie w głosy coś gadające się przemienia.. Wolę nie słuchać ich. Zaglądam też na miłe smsy ze wsparciem, to dodatkowa pomoc, ruszam, trochę cieplej z dodatkową warstwą, nawet znów całkiem nieźle się jedzie, po drodze zgarniam innego zawodnika z następnego przystanku, jedzie od teraz za mną, i tą – niestety nadal bardzo ruchliwą – drogą do Częstochowy (mam nadzieję że aż tam nie dojedziemy, że gdzieś odbijemy w końcu??) ciśnie się. Koniec Świętokrzyskiego a granica woj. Śląskiego wita gorszym asfaltem 😛

Koniecpol (700km) okazuje się tym miastem gdzie wreszcie trasa wraca na spokojniejsze drogi.. Jakoś zostaję sam bez ogona w międzyczasie, Lelów 710 km, zbliża się powoli zmierzch, wypadałoby zakupy zrobić na noc, tu nawet widać sklep otwarty, ale jakoś nie mam do tego głowy, za bardzo mokro i zmęczony.. Kibic wybiega życzy udanego dojazdu do Zakopanego, na chwilę obecną wydaje się to absolutnie niewykonalne, jeszcze prawie 300 km w tym góry, a ja zaraz padnę wykończony tym zimnem mokrym :O

Okolice 750 km to wjazd w Małopolskie. W miejscowości Pilica (ale dla mnie wszystko już zdaje się „podkrakowskie”, teraz tylko track pomaga odwzorować na mapie gdzie co i kiedy było) już tak drżę z zimna że na zjeździe hamulcy trzymać się nie da, przystanek ostatniej szansy – założę na siebie trzymaną na czarną godzinę (właśnie nadeszła!) kurtkę rowerową. Mało tego, obwijam się pod nią jeszcze folią NRC, jeśli to nie pomoże – to już nic nie pomoże! Po prawie kwadransie zabiegów – ruszam na trasę, na podjeździe odczuwalna temperatura z przenikliwie zimnej robi się niemalże stonowana.. Tylko ten ciągle zacinający deszcz, w świetle czołówki układa się w bardzo hipnotyzujące wzory..

Ale zaczyna się dziać coś z trasą! Nagle jakieś kręcenia po lasach, stromizny po których płynie woda strumieniami (i dziury zalewa), trasa wiruje albo to mi w głowie z przemęczenia, wydaje się że robię jakieś pętle, kółka, zaliczając w tych lasach wszystkie najciekawsze miejsca %-) Na dokładkę jest nawet miejscowość o nazwie Pazurek. Czy to się dzieje naprawdę.

770-ty kilometr, od pół godziny nawet przerwa w deszczu, już druga noc na trasie (a pierwszej spałem tylko kwadrans), zmęczenie i te wizje narastają, póki co zjeżdżam na przystanek sam nie pamiętam po co, chyba coś wyciągnąć, batona zjeść, chwilkę odpocząć, a tu.. Jak nie jebnie! Wali w dach, a ja totalnie zziębnięty, już nic mi nie pomoże odzyskać temperatury gdy tak wyssane ciepło mokrą wodą od tak wielu godzin, poddaję się – niech dzieje się co chce, ale uderzam na ławkę, odwijam spod kurtki folię, obwijam się nią ile się da (a nie chce skubana się trzymać) i próbuję zasnąć, przespać najgorsze, od rana ma wyjść słońce [WTF? taka nagła różnica??], w takim stanie wyjście na kolejne wiadra wody to mój koniec byłby. Leżę niby pod dachem i trochę folią, grubo ubrany, ale wszystko mokre i wysysa resztki ciepła, do tego jeszcze oto wiatr zimny się zrywa prosto na mnie wiejąc, walczą we mnie jednocześnie okrutne telepanie z zimna, z okrutnym ziewaniem z megaprzemęczenia, w normalnym stanie nie dałoby się zasnąć, no ale to zmęczenie stopniowo wygrywa.. Odpływając już, odsłaniam kawałek folii i widzę kątem oka dwóch kolarzy, kurde, kolejni mnie objeżdżaja, ale.. Nie, zatrzymują się na przystanku po drugiej stronie ulicy, opierają rowery i też chyba tam położyli się, nie widać dokładnie bo ciemno. No, to dodaje poczucia jakiejś takiej swojskości, że nie tylko ja mam ciężko 🙂 Chyba gdzieś pomiędzy trzęsieniem się z zimna a trzęsieniem się z zimna, uzyskuję w sumie z 45 minut snu. Całość trwa jednak ponad trzy godziny, i co, robi się jeszcze coraz zimniej – decyzja może być tylko jedna – wstaję i ruszam, jedyna szansa by się próbować rozgrzać! I deszcz jakby trochę mniejszy, jednak gdy wstaję znów lunął.. Jednak zanim czynności, zjeść coś, baterię wymienić, pozbierać kaski i inne, to znów wraca do spokojniejszych opadów. W końcu zebrałem się, ruszam, zaglądam jeszcze co tam na tym przystanku po drugiej stronie ulicy, a tam – masakra, uświadamiam sobie że nie było nigdy żadnego przystanku, to była tak doskonale spreparowana iluzja jakiej jeszcze nigdy nie przeżyłem, a więc głowa wymyśliła to wszystko aby przekonać mnie, uzasadnić to by rzucić wszystko i spać, że spanie było dobre i należało je uczynić, zmusić do choć trochę regeneracji :O

Była to wieś Troks, spałem w oświetlonym “centrum” (miał być krótki postój, nie wybierałem miejscówki pod kątem snu), dobrze że jakieś Sebki nie przejeżdżały w czasie nieprzytomności – rower i wszystkie wichajstry całe 😀

Jest około 1 w nocy. Lecz czy ja dalej śnię? Drogą polną jechać nawigacja każe? Wprawdzie są tam jakieś resztki asfaltu, zagubione wśród wyrw, a wszystko przysypane kamyczkami (pewnie te ulewy naniosły je z pól), za mało to by nazwać to szosą. Na hamulcach, bo ostatnie co bym chciał to w tym zimnie wymieniać przebitą dętkę, jakoś to pokonuję, nieraz wpadając w zalany wodą krater..

Uff nareszcie jakaś nagroda! Wyjazd na pustą już o tej porze drogę wojewódzką, dodatkowo z wiatrem, i oświetloną cały czas (wsie). Nareszcie można na zjadach jechać bez wytracania prędkości, dzięki wiatrowi w plecy jest też trochę mniej zimno! Za etapem tych miejscowości zaczynają się jakieś cudownie turystycznie chyba miejsca (wszędzie strzałki na płatne parkingi itd., tylko tyle widać w ciemnej nocy bo mają odblaski), wijąca się cały czas droga wzdłuż rzeki, jakieś Pieskowe Skały, czyżby to wręcz był Park Ojcowski, jest nawet miasto o nazwie Skała.

Zaczyna się robić coraz bardziej podkrakowsko, czuje się to jakoś, i fajnymi bocznymi asfaltami poprowadzona jest trasa, miło się przez to leci, przypomina się dawny start na zawodach PP w MTBO, z bazą w Krakowie. Gdzieś koło trzeciej w nocy (już poniedziałek) kończą się deszcze.. Nareszcie.. Wilgoć w powietrzu jednak pozostaje tak wielka, że długo nic nie zacznie na mnie wysychać. 815 km, 41 godzin od startu, czas na trzeci dopiero bufet. Stacja paliw Jurek, zły Pan że mu wchodzę na zakupy, wszystko mi leci z rąk, wykończony, na zewnątrz pakuję rzeczy, podjadam małe chipsy (nareszcie coś nie-słodkiego) i rogala (poza tym standardowo – zakupione 13 batonów, czekolada, 2x izotonik), pakowanie tego w ogromnym wietrze który przeszkadza, a ja połamany cały, w sumie prawie pół godziny zeszło na wszystko, to już lepiej nie zsiadać z roweru wcale, no ale czasem jest to niezbędne ;/

Jadę dalej, po drodze jakiś mega dziwny przejazd pod torami (to była Nowa Huta), wąski długi i oświetlony, a po drugiej stronie zalane jeziora na drodze.. Wreszcie sen zaczyna morzyć tak mocno, że jadę wężykiem, na niepokojąco coraz dłużej zamykam oczy podczas jazdy.. Nie chcę w jakimś rowie wylądować lub pod kołami, w samą porę stacja Lotos i dokupuję zapomnianego Red Bulla, i to od razu dużego, pół litra wypijam naraz, niby te energetyki to ściema, ale ten duży łyk naprawdę dał mi kopa, zaraz góreczki atakuję, wesołe Staniątki, z uśmiechem nabuzowany latam xD

Niebiosa powoli odpuszczają noc, widać że naprawdę będzie to słoneczny dzień, chmury zniknęły nie wiadomo kiedy, i to totalnie, księżyc, na wschodzie zaczyna się mrok rozjaśniać, widać jakby jakieś kształty na horyzoncie..

Otóż właśnie. 850-ty km to początek tego co potrwa już do samego końca. Coraz ogromniejszych podjazdów.. To będzie już zbliżanie się do Tatr.. Po pierwszej górskiej już ścianeczce postój na zrzucenie trochę ciuchów, nareszcie pierwsze oznaki ogrzewania się.

Nadchodzi dzień i teraz to już zupełnie inny maraton. Kibice mówią „już tylko 100 km”, ale to już zupełnie inne kilometry. Prawdziwie górskie, trasa zalicza wszystkie najdłuższe podjazdy okolic, gdzie mieli się poniżej 10 km/h, widoki są piękne, świeci słońce. U mnie niestety od dawna, po tych ulewach, działa tylko środkowa tarcza z przodu, więc ani dokręcić, ani przede wszystkim zrzucić na młynek na stromiznach, tu nie ma stonowanych podjazdów.. Mimo to jednej ścianeczki tylko nie podjeżdżam, gdzie trzykrotnie są segmenty 20-procentowe (jeden nawet robię, ale puls dochodzi do 163 bpm, co odpowiada jakimś 200 na wypoczęciu, nie można tak szaleć, więc podchodzę kolejne). Znów czas trochę się rozebrać. Normalnie robi się upał, odczuwalna temperatura chyba z + 40 od tej deszczowej 😛

Już coraz mocniej wyniszczają mnie te podjazdy. Wszystko zaczyna boleć, czuję się jakby na skraju kontuzji prawej nogi, też od tej jazdy na bardzo niskiej kadencji (brak młynka). Jest jednak jedna rzecz która cieszy najbardziej. Zawsze na ultra dystansie pojawiał się ból pleców (krzyża) uniemożliwiając jazdę bez ciągłych postojów. Dziś tego brak, naprawdę można jechać, choć stan już taki że zjazdy bardzo męczą i wymagają postoju krótkiego by na nowo się rozruszać.

Niestety kończą się też napoje.. Niedzica, niby 30 km do mety ale wiem, że może potrwać to nawet ze trzy godziny.. Nie można jechać tego na sucho, zostały trzy ostatnie podjazdy, w tym kultowa Łapszanka, niebywale strome Brzegi, i nie ustępujący im podjazd na metę na Głodówce. Na mapce z monitoringiem zawodników nie do końca wiadomo co się dzieje, nie do końca wszystkim działają już nadajniki, czasem ktoś wyszarzony, potem się okaże że wjeżdżałem tu jako czwarty [!] …ale póki co walczę z rowerem by z niego zsiąść pod sklepem, jestem już tak pouszkadzany że zajmuje to dobrą minutę jak nie więcej.. Potem jak połamany po sklepie przejść, zapłacić, przelać bidony, znowu dosiąść rowera, wszystko to są ogromnie wyczerpujące i trudne czynności w moim obecnym stanie..

Ruszam, wieści od kibiców plus zerknięcie na mapę – jest zawodnik przede mną, wtedy wydawało mi się że był “od zawsze” z przodu ale też stanął na zakupach (później okaże się że łyknął mnie w międzyczasie). Ale teraz w trupa jadę te największe ostatnie podjazdy Tatr, by go dojść, mocny jest jednak, nawet na najdłuższych prostych (inna sprawa że podjazdy kręte) nie widzę go..

Łapszanka ledwo zdobyta, za to wyasfaltowano nowy zjazd, czymś tak stromym jeszcze nie zjeżdżałem na tym wyścigu.. Wydaje się że już blisko końca, odwracam się co jakiś czas czy ktoś jeszcze nie chce mnie łapnąć, a tu te Brzegi, potwornie stromo, zakosami jeżdżę a i tak ledwo, trwało to całą wieczność. Wyskakuję na ostatni asfalt do mety, ile pary w nogach, niestety stało się.. Z nieoczekiwanej strony atak – zza pleców, wyskakuje mi Krzysztof Cecuła, i niczym sarenka świeży pędzi pod górę z nadświetlną prędkością gdy ja ledwo żyję, dokłada mi jeszcze 2 minuty, nie miałem żadnych szans.. Potem okaże się że spał dłużej i teraz wypoczęty jechał, odrabiał swoje. Gdyby trasa była krótsza o 2 km to by mnie nie doszedł, cóż, życie 🙂

Meta! Szósty Open na 60! Sukces! Kamyczki, okazuje się że nie mogę iść, takie odciski w butach zalanych przez prawie całą trasę.. Kolejne wieści niebywałe – straciłem tylko 6h do zwycięzcy, i to mimo wszystkich tych problemów na trasie! Szósty, ale tylko kwadrans dzielił mnie od podium, gdzie same Skierniewice i Garmin to prawie dwie godziny.. Okazuje się że nocne padania na przystankach wcale nie tylko mnie dotknęły, wręcz odpoczywałem sporo mniej niż inni! Świetny cieszący wynik motywujący do dalszej pracy! A co przeżyłem na trasie, przygody, to już pozostanie we wspomnieniach na zawsze 🙂